dodaj wiadomość | newsletter | kontakt

To jest praca na długie miesiące. Rozmowa z szefem Biura Partycypacji Społecznej w Lublinie

- Nie budujemy oczywiście dróg, ale jesteśmy w stanie wpływać, na to jak będą wyglądać i jak zaprojektują je ludzie za to odpowiedzialni - tłumaczy Piotr Choroś. Z szefem Biura Partycypacji Społecznej w Lublinie rozmawiamy o planach na przyszłość oraz kondycji lubelskich organizacji pozarządowych.

Monika Zawada: – W 2011 roku wspominał pan w jednej z rozmów, że by móc się utrzymać po studiach sprzedawał butelki, jeździł autostopem i rozładowywał tiry z ulotkami supermarketów – byle nie być skazanym na nudną pracę w jakimś biurze. Trafił pan jednak do Ratusza, a dziś jest szefem Biura Partycypacji Społecznej. Zmieniło się postrzeganie, czy po prostu życie przewartościowało pana poglądy?

Piotr Choroś: – W okolicy roku 2007-2009 nie miałem za bardzo wyjścia, trzeba było gdzieś dorabiać. Ale z drugiej strony już wtedy, pracując w Homo Faber, czy w Ośrodku Brama Grodzka moje obowiązki nie różniły się w zasadzie od tego, co robi się w biurze. Warto też pamiętać, że wszyscy przecież mamy pewne stereotypy i wtedy właśnie patrzyłem na pracę w administracji jako na miejsce, w którym generalnie nie ma się styczności z drugim człowiekiem.

Okazało się jednak, że wizja zagłębiania się jedynie w przepisy i dokumenty nie jest do końca właściwa. Sama administracja publiczna w kraju też się przecież zmieniła, zwłaszcza na poziomie samorządowym. Pojawiła się szansa, by robić coś ciekawego właśnie łącząc to z tego typu pracą i mi się to spodobało.

Okazało się, że Biuro jest bardziej ludzkie niż mogłoby się wydawać?

P.Ch.: – Cała administracja może być ciekawym miejscem dla osoby, która szuka pracy z drugim człowiekiem i chciałaby podejmować i rozwiązywać różne wyzwania, a nie tylko zajmować się jedną działką.

Najpierw współtworzył pan lubelski trzeci sektor, czy to przez pracę w konkretnej działce w Ośrodku Brama Grodzka, czy już na swoim, zakładając Stowarzyszenie Homo Faber. Obecnie dba pan, by organizacje z naszego miasta funkcjonowały sprawnie. NGO może być sposobem na życie?

P.Ch.: – Można żyć i pracować w i dla trzeciego sektora. Mam wielu znajomych, którzy nigdy nie zajmowali się niczym innym. Trzeba jednak pamiętać, że w Polsce jest to obarczone wieloma problemami. Stabilizacja finansowa wielu NGO-sów pozostawia sporo do życzenia. Często się mówi, że dla takich organizacji jest to trwanie od grantu do grantu. Kilkanaście lat temu, gdy sam zaczynałem swoją przygodę z organizacjami pozarządowymi nie wyglądało to lepiej, bo było o wiele mniej środków. Nie mieliśmy konkursów unijnych czy norweskich. A to przecież wpływa na jakość pracy i nasze poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie powiedział, że ma to być łatwa praca.

Ideologicznie chyba również wybór trzeciego sektora nie był przypadkowy?

P.Ch.: – Wynika to z moich zainteresowań, bo przez wiele lat zajmowałem się prawami człowieka i przeciwdziałaniem dyskryminacji. Kończąc studia wraz z grupą przyjaciół o podobnych pasjach szukaliśmy pracy. Dla każdego chyba idealną sytuacją jest znalezienie zajęcia, które z dochodem połączy też te zainteresowania. W tamtych latach trzeci sektor był jedynym wyjściem. Dziś opcji działalności jest już więcej i niewykluczone, że gdybym teraz miał wybierać, trafiłbym w inne miejsce. Na przykład w sektorze biznesowym są bardzo fajne firmy zajmujące się doradztwem czy konsultacjami społecznymi.

Wróćmy do samego Biura. Na początku pracował pan w Referacie ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi i partycypacji w Kancelarii Prezydenta Miasta Lublin. W styczniu 2017 roku powstało Biuro Partycypacji Społecznej, którym pan kieruje. Te ponad pół roku zdążyło już jakoś wpłynąć na lubelski trzeci sektor?

P.Ch.: – Pół roku to dopiero początek naszej drogi do zmian, bo jest to praca na długie miesiące. Decyzja o wydzieleniu naszego referatu jako samodzielnej jednostki z Kancelarii Prezydenta zapadła dość szybko w grudniu ubiegłego roku i nie mieliśmy wiele czasu, by sobie wszystko przygotować i zaplanować. Prezydent Krzysztof Żuk podjął decyzję, że trzeba trochę przeorganizować pracę w zakresie partycypacji społecznej. Tak powstało to biuro.

Coś już na pewno udało się wypracować?

P.Ch.: – Nie jest to jakaś rewolucja, ale rzeczywiście wiele działań już rozpoczęliśmy. Zaczęliśmy porządkować kwestie związane z rowerami w Lublinie. Nie budujemy oczywiście dróg, ale jesteśmy w stanie wpływać na to, jak będą wyglądać i jak zaprojektują je ludzie za to odpowiedzialni.

Udało nam się przeprowadzić akcję "Rowerowy maj". Olbrzymim sukcesem jest, że mimo gorszej pogody w porównaniu do ubiegłego roku i mniejszej liczby zaangażowanych szkół, więcej osób jednak wzięło udział. Udało się też pozyskać środki na rozbudowę parkingów rowerowych przy szkołach. Finalizujemy sprawę podpisania przez prezydenta tzw. Standardów Pieszych.

Przeprowadziliśmy również Forum Praktyków Partycypacji. Na podstawie tego spotkania zapadła decyzja, że w przyszłym roku w Lublinie ruszy Panel Obywatelski. To bardzo ciekawe narzędzie partycypacji, bo opiera się na dyskusji, a nie na głosowaniu. Wylosujemy grupę, która stworzy coś na kształt "Lubelskiego Parlamentu". Będzie to grupa mieszkańców reprezentujących wszystkie grupy społeczne, wiekowe czy zamieszkałe obszary. Te osoby przedyskutują wybrany, ważny problem społeczny i wypracujemy konkretne rozwiązania. W najbliższym czasie będziemy precyzować kształt i założenia tego narzędzia, sprawdzimy też, jaki będzie wpływ na budżet obywatelski.

Pierwsze pół roku zbierania doświadczeń już za wami? Jakie plany i cele stawiacie sobie na przyszłość?

P.Ch.: – Oprócz kontynuacji rozpoczętych już działań, chcemy jeszcze więcej uwagi poświęcić organizacjom pozarządowym. Trzeba uporządkować np. kwestie lokalowe i w jakiś sposób pogodzić interesy urzędów, Zarządu Nieruchomości Komunalnych z oczekiwaniami NGO-sów.

Włączymy się też w prace nad tworzeniem czegoś na kształt "Centrów Aktywności Lokalnej", czyli miejsc, które trochę animują, ale i trochę angażują mieszkańców. Pierwszym takim przykładem w Lublinie jest pojawienie się Ikei i jeden z jej konkursów. Trafił tam projekt właśnie na stworzenie takiego miejsca przy skrzyżowaniu ulic Lubartowskiej i Kowalskiej. Będzie wymiana produktów oraz doświadczeń, animowanie działań i przestrzeni, i wiele więcej, ale szczegóły cały czas jeszcze są dopracowywane. Kolejne takie miejsca chcielibyśmy uruchamiać w innych dzielnicach.

Cały czas będziemy też regulować zakresy konkursów – w tym roku np. zrobiliśmy trzy dotyczące przestrzeni publicznej. W ramach jednego z nich organizacja pozarządowa będzie budować plac, więc testujemy, czy jesteśmy w stanie dźwignąć to formalnie. Niewykluczone, że w przyszłym roku place zabaw będziemy tworzyć już nie w przetargach, a w ramach konkursów dla NGO-sów. Da to większy wpływ, ale i dowolność ze strony zapotrzebowań mieszkańców.

Obserwując organizacje pozarządowe z Lublina można zauważyć, że jest grupa bardzo aktywnych fundacji i stowarzyszeń. Ale funkcjonuje też wiele NGO-sów, które jeśli już coś robią, to bardzo zachowawczo. Macie w Biurze jakiś pomysł na ożywienie trzeciego sektora?

P.Ch.: – Nie chce oczywiście nikogo i niczego oceniać, ale pamiętajmy, że dla równowagi organizacje muszą się właśnie od siebie różnić. Z jednej strony będą NGO-sy realizujące projekty za wiele milionów złotych, mające szereg pracowników i fajne biura. Z drugiej strony są małe fundacje i stowarzyszenia, które sobie działają własnymi siłami, powoli i ostrożnie.

Wiele organizacji jednak narzeka na system grantowy, w którym najczęściej te małe podmioty czekają przez wiele miesięcy na konkretny konkurs i konkretne pieniądze na swoje działanie. Okazuje się, że sprzed nosa zabiera im je ktoś inny – tylko dlatego, że napisał lepszą ofertę, chociaż niekoniecznie wie cokolwiek o funkcjonowaniu w tym właśnie zakresie czy o potrzebach wybranej grupy odbiorców.

P.Ch.: – To jest problem ogólnopolski. Organizacje po prostu dostosowują się do rynku grantów. Jeśli chce się prowadzić fundację czy stowarzyszenie i jednocześnie tam pracować, zatrudniać inne osoby, wynajmować biuro – trzeba zapewnić sobie tę ciągłość finansowania. W naszym kraju sytuacja trochę zmusza do tego, żeby pisać projekty pod dostępne granty. Oceniałem projekty w funduszach norweskich dla Fundacji im. Stefana Batorego w ścieżce Partycypacja. Tam pojawiał się dokładnie taki sam problem. Widzieliśmy, że nagle wnioskowały tam organizacje, które nigdy z partycypacją nie miały do czynienia i pewnie nawet nie do końca wiedzą, co to jest. To się powtarza wszędzie, gdzie trzeci sektor jest nastawiony na pozyskiwanie środków z konkursów.

Zauważyłam też, że są organizacje bardzo aktywne nie tylko społecznie, ale i medialnie. Potrafią doskonale promować swoje działania. Z drugiej jednak strony pojawia się grupa, która robi sporo ciekawych rzeczy, ale zupełnie nie chce się promować i o tym mówić. Z czego może wynikać taka niechęć?

P.Ch.: – Wydaje mi się, że jest grupa organizacji, które konsekwentnie realizują swoje działania, często w wąskiej grupie odbiorców i nie widzą potrzeby wychodzenia z tym do szerszego grona. Nie zwiększają zasięgu, nie aktualizują strony internetowej i nie chcą niczego zmieniać. Ale może czasem lepiej nie robić czegoś na siłę, niż robić po prostu byle co i byle jak.

Jedno z ostatnich Śniadań Pozarządowych poświęciliśmy zagadnieniu dotyczącemu wątpliwej jakości materiałów produkowanych przez niektóre organizacje. Wiele z nich nie trafia do żadnej grupy. Dawno temu przyjęło się na przykład, że fundacja czy stowarzyszenie powinno mieć swoją ulotkę. Wydaje się więc jakąś kwotę na druk, potem te materiały są tylko składowane i nie trafiają do nikogo. Często są nawet nieczytelne w swoim przekazie. Oczywiście jest grupa organizacji, które mają to dokładnie zaplanowane i przemyślane. Pozostali gdzie indziej kładą ten środek ciężkości.

W jakich obszarach aktywność lubelskich NGO-sów jest jeszcze zbyt mała? Obserwując ten sektor, na przykład na kulturę nie możemy chyba narzekać?

P.Ch.: – Marzy mi się, by było więcej organizacji zajmujących się profesjonalnie tematyką związaną z partycypacją. Tu pole do działania się szerokie. Przydałby nam się np. taki rzetelny, merytorycznie przygotowany partner do planowania Panelu Obywatelskiego. Widać to nawet w tych wspomnianych już wcześniej konkursach na projektowanie przestrzeni, które ogłosiliśmy. Zgłoszeń jak na nasz lubelski rynek było zadziwiająco mało. Może właśnie gdzieś tu leżą nasze wyzwania na przyszłość.

---

Piotr Choroś – absolwent Politologii na UMCSie, pierwsze kroki w trzecim sektorze, jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia, stawiał w Amnesty International, w 2004 roku, po studiach, szukając dla siebie miejsca w lubelskiej przestrzeni założył wraz z grupą znajomych Stowarzyszenie Homo Faber. W tym samym czasie zaangażował się też w działania Ośrodka Brama Grodzka, z którym związany był do końca 2008 roku. Po drodze pojawiały się też działania z Towarzystwem dla Natury i Człowieka i kilkoma warszawskimi organizacjami.

W 2011 roku rozpoczął pracę w Kancelarii Prezydenta Lublina. Trzy lata później został odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Złotym Krzyżem Zasługi za działalność na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce oraz za osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju pracy zawodowej i społecznej.

Od 2017 roku jest szefem Biura Partycypacji Społecznej. Nie planuje dalekiej przyszłości. W wolnym czasie biega i spędza czas z rodziną.

Wiadomość pochodzi z serwisu lublin.ngo.pl

źródło: lublin.ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!

SKOMENTUJ

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora.


KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.